Opowieść o Marianie Janczurze, najstarszym absolwencie wyszkowskiego gimnazjum

Pamiątkowe zdjęcie przed wyprawą w lipcu 1931 roku

Historia długiego życia Mariana Józefa Janczura rozpoczęła się w podkrakowskich Słomnikach, gdzie 15 marca 1915 roku urodził się jako najstarsze z dzieci Zygmunta Janczura i Marii z Wilamowskich. Młodzi rodzice z synem mieszkali tam dość krótko, gdyż po roku od jego urodzenia Zygmunt dostał posadę kierownika Tartaku w Suchej, gdzie urodziły się ich kolejne dzieci: Jan Zygmunt (1918) i Janina Alina (1920). Po kilku latach pracy, ok. roku 1924, ojciec rodziny dostał kolejną posadę, tym razem kierownika tartaku miejskiego w Wyszkowie, gdzie przeprowadził się z całą rodziną. Jego zdolności organizacyjne zostały w nowym miejscu bardzo szybko docenione i po roku został także kierownikiem tartaku w Dalekim, który wymagał pilniejszego nadzoru niż ten wyszkowski. Zygmunt wraz córką i dwójką najmłodszych dzieci, urodzonych w 1925 roku bliźniaków – Barbarą i Lechem, przeprowadził się do tej tartacznej wsi.

Tymczasem dwóch najstarszych synów wraz z matką zostało w wyszkowskim tartaku, gdzie kontynuowali rozpoczęte przez siebie szkoły (Marian poszedł do gimnazjum w 1926 roku, a Jan Zygmunt w 1929). Starszy z braci od samego początku swojej bytności w wyszkowskiej szkole był bardzo aktywny społecznie. Został wówczas jednym z najbardziej pracowitych harcerzy założonej w 1924 roku przez nauczyciela matematyki, Stanisława Mościckiego I Wyszkowskiej Drużyny Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego. Bardzo ubolewał, że z powodu złamanej nogi nie mógł z bliska zobaczyć II Ogólnopolskiego Zlotu Harcerek w Rybienku Leśnym w lipcu 1928 roku. Ten niedosyt harcerskich wrażeń udało mu się zrekompensować 1929 roku, kiedy kierownictwo nad drużyną sprawował energiczny drużynowy, syn byłego wojewody białostockiego, Jan Władysław Salinger. Z jego inicjatywy wyszkowianie wyruszyli na II Zlot Narodowy ZHP do Poznania (14-23 lipca). Tam podczas odwiedzin jednego z biskupów, Marianowi przypadł zaszczyt niesienia biskupiego płaszcza. Przed zlotem drużyna odbyła także 6-dniowy obóz przygotowawczy w Zaciszu (obecnie część Barchowa) pod Łochowem, gdzie harcerze pomaszerowali do letniej posiadłości rodziców swojego drużynowego Salingera.

Od ok. 1926 Marian brał udział w corocznej sztafecie rowerowej z okazji święta 3 maja, podczas której harcerze w mundurach przejeżdżali pojedynczo w systemie zmianowym trasę Wyszków-Radzymin. Kończyli ją najstarsi druhowie, którzy zostawali na miejscu na zabawę z miejscowymi dziewczętami.

W lipcu 1931 roku wziął udział w jednym z najciekawszych wydarzeń w historii przedwojennego Wyszkowa. Marian Janczur wraz z kolegami z drużyny, ówczesnym drużynowym Jerzym Dullem oraz Witoldem Janem Domańskim, Tadeuszem Komarem, Marianem Strzeleckim, Stefanem Mioduchowskim i Ryszardem Jaworskim za pozwoleniem dyrektora szkoły ks. Lucjusza Mioduszewskiego wybrali się na samodzielny rejs małą łodzią z Wyszkowa do Tczewa, a następnie koleją do Gdańska. Prowiant i wyposażenie na wyprawę zdobyli sami, łódkę natomiast wypożyczył im Państwowy Zarząd Dróg Wodnych. Po pokonaniu niebezpiecznych fal w rejonie Płocka, które omal nie wywróciły ich łodzi, wyszkowianie rozbili się na Polance Redłowskiej, później wyprawiając się m.in.  na Hel.

Pasja harcerska, którą udało mu się skutecznie zarazić brata (Jan Zygmunt brał udział w kursie drużynowych w Łubie w lipcu 1934 roku), stanowiła dopełnienie jego wszechstronnych zainteresowań. Interesował się strzelectwem, w tym celu kupił flower (małokalibrowy karabinek sportowy) od braci Piotrowskich, który później Jan Zygmunt wymienił z kimś na aparat fotograficzny. Marian wstąpił także do gimnazjalnego zespołu muzycznego prowadzonego przez nauczyciela i ojca jego klasowego kolegi Wilhelma, Hugo Hartmanna. Grał w nim na mandolinie, a jego młodszy brat zwany Zyźkiem na skrzypcach. Z tamtego okresu Marian Janczur niezwykle często wspominał, kiedy podczas jednego z występów (w sali remizy) posadzono go w pierwszym rzędzie, a ponieważ nie miał jeszcze doświadczenia, szybko się zgubił w granym właśnie utworze, więc dla niepoznaki przebierał kostką w powietrzu.

Zespół muzyczny Hugona Hartmanna (pierwszy w prawym górnym rogu – Marian Janczur) – 1931

Wyszkowskie gimnazjum skończył maturą w 1932 roku, ale po początkowych próbach studiowania na politechnice, dojeżdżając z Wyszkowa pociągiem wraz z kolegą Teodorem Szymanowskim, ostatecznie odłożył plany dalszej nauki na później. Ten okres wykorzystał na pracę zarobkową. Został korepetytorem Jana i Andrzeja Skarżyńskich. Do ich pałacu w Rybienku nad Bugiem przeprawiał się zazwyczaj, w zależności od pory roku, wpław albo po lodzie od strony Rybienka Leśnego. W roku 1932/33 Janczurowie mieszkali już w Rybienku Leśnym, gdzie w wybudowanej przez siebie willi prowadzili później pensjonat pod nazwą „Lech”, od imienia najmłodszego z braci. Talent naukowy młodego chłopaka został dostrzeżony bardzo szybko przez przebywających w pałacu letników. Jako pierwsza doceniła go żona profesora Władysława Tatarkiewicza, Teresa z Potworowskich, proponując by był korepetytorem jej syna. Niestety Marian nie znał modnego wówczas języka francuskiego, co przeszkodziło mu tylko nieznacznie, gdyż znając dobrze język niemiecki, został korepetytorem Tomasza Potworowskiego, bratanka pani Tatarkiewiczowej, syna ambasadora RP w Szwecji Gustawa Potworowskiego. Korepetycje te rozpoczął wraz ze studiami prawniczymi w 1934 roku, zamieszkując dom studencki na ul Zielnej.

 Na jesieni 1938 roku, kiedy był na praktyce w Ministerstwie Edukacji, dostał wezwanie do wojska w ramach służby nadterminowej. Oświadczył jednak, że woli odbyć służbę od razu i po pozytywnym zakwalifikowaniu go przez komisję wojskową, został żołnierzem 13 pułku piechoty stacjonującego w Pułtusku. Na początku kampanii wrześniowej, kiedy jego dywizja nie zdążyła dojść do Muławy na toczącą się tam w dniach 1- 3 września bitwę, skierowała się na Radzymin, gdzie została rozproszona przez wojska niemieckie. Do Mariana podszedł wówczas jeden z kolegów frontowych i pokazując granat, powiedział, że mogą się nim bronić, by uciec do Rumunii. Marian uważał jednak, że należy bronić Warszawy, zwłaszcza kiedy jest się tak blisko i ruszył samotnie ku osaczonemu miastu. Wraz z napotkanym po drodze sanitariuszem został skierowany przez broniących stolicę żołnierzy do Cytadeli. Cudem uniknął śmierci kiedy w jeden z budynków na Żoliborzu, gdzie mieściło się dowództwo 21 pułku, centralnie uderzył pocisk artyleryjski. Kiedy pod koniec września Warszawa ostatecznie się poddała, Marian wyszedł wraz z pozostałymi przy życiu żołnierzami z Cytadeli, po czym zostali skierowani przez Niemców do obozu jenieckiego w Górze Kalwarii. Nie zostali tam jednak zbyt długo, gdyż w skutek wybuchu epidemii tzw. „choroby żołądkowej”, okupanci wypuścili jeńców, by mogli powrócić w rodzinne strony. Marianowi udało się wówczas wygrzebać z gruzów niezniszczony rower i przy uprzejmości miejscowego rybaka, który przewiózł go łódką przez Wisłę, dotrzeć do Rybienka Leśnego, gdzie w lesie za jego rodzinnym pensjonatem, Niemcy właśnie grzebali swoich poległych.

Szybko udało mu się znaleźć pracę jako cieśla przy odbudowie mostu kołowego w Wyszkowie, która nietrwała jednak zbyt długo, gdyż most miał bardzo dobrze zachowane filary i wystarczyło tylko nastawić górę. W tym momencie skończył się jego aktywny kontakt z Wyszkowem. Niedługo potem rozpoczął pracę nauczycielską w Działoszycach, a następnie w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej w Miechowie. Do Warszawy powrócił w roku 1945/46, gdzie podjął pracę w Ministerstwie Przemysłu Elektronicznego przy opracowywaniu układu zbiorczego pracy. Mniej więcej w podobnym czasie cała rodzina Janczurów przeprowadziła się do Warszawy. Willę po rodzinnym pensjonacie, w której później mieściła się również szkoła, Marian sprzedał po śmierci ojca w 1968 roku.

Rodzina Janczurów, od lewej siedzą: Maria, Janina Alina, Zygmunt, Jan Zygmunt i Marian – ok.1930

Był trzykrotnie żonaty, z pierwszą żoną miał jedną córkę, a wraz z drugą przeprowadził się do Skarżyska-Kamiennej. W ostatnich latach, kiedy cierpiał na postępującą chorobę oczu AMD, opiekowała się nim trzecia żona. Marian Józef Janczur po długim i pasjonującym życiu zmarł po krótkiej chorobie w szpitalu w Skarżysku-Kamiennej (gdzie został pochowany obok drugiej żony) 14 czerwca 2014 roku w wieku 99 lat. Był wówczas najstarszym absolwentem wyszkowskiego gimnazjum (od jego matury upłynęły 82 lata).

Do końca życia zachował świetną pamięć, witalność i poczucie humoru. W trakcie naszej ostatniej rozmowy telefonicznej, na trzy tygodnie przed śmiercią, oświadczył mi nagle, że ma już sto lat. Wtem dało się słyszeć w tle głos jego żony, na co Pan Marian odpowiedział – Ach, żona mi podpowiada, że dopiero dziewięćdziesiąt dziewięć, ale przecież jak to różnica.

phm. Piotr Płochocki

Nowy Wyszkowiak nr 33/2014

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>