Wspomnienie o Naszym Przyjacielu – harcmistrz Henryk Jezierski (15.VII.1939 – 10.II.2012)

Był harcerzem tak jak my, I tak samo kochał świat…

Poznałem go całkiem niedawno, pewnie w okresie dla jego dość długiego życia już niereprezentatywnym, kiedy oswojony z chorobą i bliskością śmierci godzinami opowiadał mi o swojej harcerskiej drodze. Bardzo chciałem, żeby w tych kilka godzin opowiedział mi o pięćdziesięciu latach swojej instruktorskiej służby (zaczęła się w 1962 roku podczas nauki w Studium Nauczycielskim w Ciechanowie, gdzie zdobył pierwszy stopień instruktorski) w sposób najpełniejszy, żeby sypał z rękawa anegdotami i potrafił je precyzyjnie umiejscowić w czasie. Lecz to pierwotne zadanie stało się dla mnie okazją do obserwacji bardziej pogłębionej, niebywale budującej umiejętności godzenia się z upływającym czasem.

Nie wspominał precyzyjnie. Nawet jeśli miał dokładną wiedzę na dany temat, jego wywody miały charakter barwnej mozaiki, w której, prawie niedostrzegalnie dla słuchacza, potrafił łączyć ze sobą wątki bardzo różnorodne. Mówiąc o swojej pracy w wyszkowskim hufcu ZHP w latach 60., potrafił w jednej chwili przejść do barwnych opowieści o wycieczkach, na które jeździł z młodzieżą szkolną w latach 80. Rozkładał wtedy albumy ze zdjęciami i wypływał wspomnieniami na daleki ocean pamięci. Po chwili orientował się, że rozmawialiśmy o czymś innym, i bezbłędnie potrafił powrócić do momentu, w którym jego opowiadanie zmieniło tor, nawet jeśli punktem końcowym tego wątku była z pozoru mało istotna anegdota, np. jak pan Mierzejewski, właściciel domu, w którym kiedyś mieściła się komenda hufca, umył mu jego motor. Ta skłonność to, oprócz okazji do ujawnienia niebywałego talentu gawędziarskiego, jednocześnie chyba najbardziej przekonujące świadectwo tego, że oprócz bycia harcerzem i pedagogiem był po prostu społecznikiem, człowiekiem, dla którego praca z ludźmi i dla ludzi była jednym wielkim organizmem, powietrzem niezbędnym do życia.

Każde słowo wydawał się ważyć ponad miarę. Momentami miało się wrażenie, że próbuje swoje myśli formułować z dyplomatyczną wręcz rozwagą. Wspominając wybór niezbyt poważanej w środowisku osoby na ważną funkcję, powiedział tylko: „Uważam, że można było wybrać lepiej”.

Ta jego cecha w przeszłości bywała przyczyną nieprzyjemności i konfliktów z innymi instruktorami. Zwłaszcza młodzi wychowawcy harcerskiej młodzieży czasami lekceważyli zasady bezpieczeństwa na obozach i nierzadko lekkomyślnie narażali się ówczesnej władzy. To oni po latach wspominają go jako tego, który ich hamował, wychodził naprzeciw, tłumaczył, że ryzyko jest zbyt duże. W końcu to oni, z perspektywy trzydziestu lat, mówią: „Wówczas można go było różnie oceniać. Dziś wiemy, że swoją funkcję wypełniał bardzo odpowiedzialnie.” Krzywdzące byłoby stwierdzenie, że był człowiekiem nadmiernie ostrożnym, wszak funkcja komendanta obozu harcerskiego niesie ze sobą zawsze wielką odpowiedzialność i ryzyko, na które wcale nie musiał się narażać, wobec dość znaczącej ilości przeszkolonej kadry.

A jednak był komendantem aż sześciu stacjonarnych obozów letnich wyszkowskiego hufca, najwięcej w historii. To było to jego powietrze. Mówił, że Mikaszówka, w której obozy odbywały się aż sześć razy, dwóch z nich był komendantem (w 1981 i 1982 r.), to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Był po prostu człowiekiem belferskiej powściągliwości poglądów, rozwagi, często ponad potrzebę.

Posiadał niebywałą łatwość zapamiętywania dobrych chwil. Co ciekawe, potrafił je zauważać w najprostszych zdarzeniach, opowieściach wydawałoby się bez należytego kolorytu i puenty, jak wspomniana wcześniej anegdota z umyciem mu motoru przez pana Mierzejewskiego. Karmił takimi krótkimi historyjkami swoich słuchaczy. Potrafił oddawać w bardzo sugestywny sposób ich nastrój. W ostatnim okresie życia chyba dużo mu one dawały. Mógł je dobrze wspomnieć, jakoś podsumować, pogodzić się z czasem minionym tak jak potrafił.

Czasami spoglądał w okno i na chwilę się zamyślał, musiała to być dla niego bardzo trudna sytuacja. Zawsze był pełen entuzjazmu do życia, odnosiło się wrażenie, słuchając go, że dla niego nawet wyjście do sklepu pachniało wielką przygodą. A choroba, zwłaszcza w końcowym okresie, zamknęła go praktycznie w czterech ścianach. Ostatnie miesiące przeżył otoczony troskliwą opieką rodziny, nawet podczas naszych długich rozmów jego żona, pani Krystyna, mówiła: „Heniu, odpocznij”. Ale on oczywiście tego nie robił, trudno mu było powstrzymać się od wspominania.

Zdecydowałem się wspomnieć jego imię dopiero teraz, bo Henryk Jezierski był człowiekiem, o którym, odkąd pamiętam, mówiło się wielkimi literami. To był Nasz Druh Henryk, tak o nim mówiliśmy. Był przyjacielski i otwarty dla wszystkich harcerzy, ale już samą swoją osobą i legendą (był przez piętnaście lat w ścisłych władzach wyszkowskiego hufca), wywoływał nieśmiałość. Dopiero kiedy mogłem się trochę do niego zbliżyć, zrozumiałem, że  chciałbym go potraktować jak swojego harcerskiego przyjaciela, jako naszego harcerskiego przyjaciela, co niniejszym czynię tym wspomnieniem.

phm. Piotr Płochocki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>