Przedłużone życie Bolesława Wolskiego

Bolesław Wolski – lata 40. (zbiory Radosława Rytla)

Gdyby zaangażowanie społeczne, autorytet czy towarzyską popularność oceniać po liczbie osób obecnych podczas ostatniego pożegnania, to Bolesław Wolski, honorowy obywatel Wyszkowa, był dla mieszkańców osobą nie tylko mało znaną personalnie, ale też człowiekiem, który uosabiał Wyszków kompletnie nieobecny, którego duch już od dawna nie mieszka na wysokiej nadbużańskiej skarpie.

Na uroczystości symbolicznego wyszkowskiego pożegnania (pogrzeb odbył się dzień później w Olsztynie), które odbyły się 26 lutego w kaplicy domu pogrzebowego „Apokalipsa” stawiła się jedynie garstka osób, głównie reprezentujących gminę – radni i burmistrz. Obecny był sztandar miasta, zabrakło reprezentacji środowisk kombatanckich, szkolnych i harcerskich. Przyszli przede wszystkim ci, których przywiódł urzędniczy obowiązek oraz kilku wyszkowskich znajomych, głównie pasjonatów miejscowej historii, dla których był nieprzebranym źródłem wiedzy o przedwojennym Wyszkowie.

Jego wczesną biografię, tę związaną z Wyszkowem, przytaczano wielokrotnie z okazji nadania mu honorowego obywatelstwa Wyszkowa w 2004 roku, a także po niedawnej śmierci. Chciałbym więc o niej jedynie krótko wspomnieć. Urodził się późno, jak na człowieka, który dysponował tak szczegółową wiedzą na temat przedwojennego miasta, bo w roku 1927. Jednak powodów, dla których wbrew metryce stał się tak cennym źródłem informacji jest przynajmniej kilka. Pierwszym jest funkcja burmistrza miasta, jaką pełnił jego ojciec, Stanisław Wolski (1900–1945) w latach 1931–1939. Ze względu na to wysokie stanowisko (co wiązało się także z konotacjami politycznymi, w jego przypadku BBWR), bywała w domu Wolskich cała ówczesna śmietanka społeczno-kulturalnego życia miasta: poprzedni burmistrz Stanisław Pawłowski (1885–1943), naczelnik poczty Marian Witkowski (1885–1957), kierownik szkoły powszechnej (do 1935 roku), pochodzący z Wilna Adam Klepaczko czy kierownik tartaku miejskiego Zygmunt Janczur (1888-1968). Dodatkowo usytuowany na rogu ulic Szkolnej i Długiej (dzisiaj 11 Listopada) gościnny dom burmistrza był swego rodzaju bursą dla wielu przyjezdnych nauczycieli pobliskiej szkoły powszechnej. Pokoje na piętrze wynajmowali m.in. nauczyciel ćwiczeń cielesnych Tokarski, prowadząca III Żeńską Drużynę Harcerską im. Michaliny Mościckiej i wychowawczyni Bolesława, Zofia z Witkowskich Grabowska (żona innego nauczyciela – Henryka Grabowskiego) czy prekursorka żeńskiego ZHP w Wyszkowie (założyła I Żeńską Drużynę Harcerską im. Marii Konopnickiej w 1922 roku) Michalina z Stępniów Siemińska (1903–1966). Ta ostatnia była związana z rodziną na tyle mocno, że w 1930 roku została matką chrzestną najmłodszej z rodzeństwa Marii (ojcem chrzestnym został spowinowacony z Wincentyną Wolską premier Walery Sławek).

Bolesława już we wczesnym dzieciństwie zaczęło ciągnąć do ludzi, a ponieważ w wieku sześciu lat umiał czytać i liczyć od razu przeniesiono go do drugiego oddziału szkoły powszechnej. Dzięki temu bardzo szybko wdrożył się w życie społeczne miasta. W 1934 roku był już zuchem w zastępie Wilczków prowadzonym przez swój wielki życiowy autorytet, Jerzego Rytla (1914–1944), a rok później harcerzem. Szybkie rozpoczęcie gimnazjum w roku 1937, stało się dla niego kolejnym przełomem, dzięki któremu mógł oddać się swojej harcerskiej pasji w 30 MDH im. Zawiszy Czarnego, którą prowadził wówczas phm. Jerzy Rytel wraz z Zenonem Turkiem (1920–1973). Owocny czas pracy drużyny zwieńczył obóz w Łazach nad Liwcem w sierpniu 1939 roku, już podczas trwania Pogotowia Wojennego Harcerzy. Później, po wybuchu wojny i powrocie Jerzego Rytla z ucieczki z niemieckiego transportu, zaczął się, dość szeroko opisany, okres jego aktywnego udziału (pod pseudonimem „Zasłona”) w wyszkowskiej konspiracji.

Jerzy Rytel i Bolesław Wolski – Obóz w Łazach – lipiec 1939 (zbiory B. Wolskiego)

Oprócz sprzyjającego środowiska i pewnej pasji społecznej aktywności, Bolesław Wolski w naturalnej konsekwencji rzeczy zaczął interesować się ludźmi, którzy go otaczali. Pamiętał nazwiska panieńskie swoich nauczycielek, nierzadko znał z zadziwiająco dokładnymi szczegółami pochodzenie czy też późniejsze losy wielu ówczesnych znajomych jego rodziny (które po późniejszym zweryfikowaniu okazywały się absolutnie prawdziwe). Pamiętam, że kiedy przedstawiłem mu się podczas pierwszej rozmowy, od razu skojarzył moje nazwisko z moim pradziadkiem, Piotrem Płochockim (1888–1965), który przez pewien czas był zastępcą burmistrza Wolskiego oraz jego synem, Kazimierzem (ur. 1925) – swoim serdecznym przyjacielem z czasów młodości. Być może na tej bazie żywił do mnie sentyment, którego wielokrotnie dawał dowody, mówiąc mi wiele rzeczy w zaufaniu, z pewną charakterystyczną dla niego swadą ironii i dystansu. Nienawidził bowiem historycznej bigoterii i każdym objawom upraszczania kontekstu historycznego i faktograficznej niechlujności przeciwstawiał się z żarliwym zdecydowaniem. Mówił, że ludzie piszą bzdury, bo nie znają kontekstów, nie znają bohaterów swoich publikacji, a historię traktują rutynowo. Wspominał z zażenowaniem, że udział w niebywale spopularyzowanej w Polsce akcji ataku na strażnicę Grenzschutzpolizei w Sieczychach i obecność przy śmierci Tadeusza Zawadzkiego „Zośki” były przez różne źródła przypisywane kolejno jego ojcu Stanisławowi (to samo imię nosił starszy brat Bolesława), jego bratu i w końcu jemu samemu. W rzeczywistości w akcji udział brał Bolesław ze swoim starszym bratem, Stanisławem Wolskim „Pomianem” (1922–1994), ale tylko ten drugi jako sanitariusz był bezpośrednim świadkiem śmierci „Zośki” (Bolesław wraz z Damianem Stachaczem „Huraganem” dołączyli do akcji na samym końcu, po uprzednim przecięciu drutów telefonicznych). Z ironią podszedł także do niedawno wystosowanego do niego zaproszenia od władz miejskich Wyszkowa na uroczystości nadania miastu sztandaru, które było wypisane na nazwisko Wolakowski. Poprosił bym w jego imieniu poinformował odpowiednią komórkę Urzędu Miejskiego, iż on od ponad 80 lat nazywa się Wolski i zdołał się już do tego nazwiska na tyle przyzwyczaić, by nie chcieć zmieniać go na żadne inne, nawet podobnie brzmiące.

To właśnie tego typu zdarzenia silnie potęgowały w nim poczucie obcości w swoim ukochanym mieście (wielokrotnie wspominał, że czuje się teraz bardzo obco w wyszkowskim parku, który już w niczym nie przypomina krainy niesamowitości z jego dzieciństwa), które w jego sercu w jakiś tajemniczy sposób zatrzymało się wraz ze wszystkimi dawnymi szczegółami. Kiedy zyskiwał cierpliwego słuchacza, zdolnego je wszystkie wychwycić, odżywał. Chciał przekazać swoją historyczną wizję możliwie w jak najwierniejszy sposób. Prosił by pytać go jak najwięcej, bo inaczej to wszystko odejdzie razem z nim. I choć umarł nagle i pomimo sędziwego wieku niepodziewanie, już od jakiegoś czasu mówił o swoim życiu w perspektywie bliskiego końca. W styczniu, kiedy telefonicznie rozmawiałem z nim po raz ostatni, był bardzo zabiegany, trochę rozkojarzony, opowiadał, że załatwia wiele spraw na raz, że się spieszy. Poczułem się tym razem jakoś bardziej zlekceważony i szybko skończyłem rozmowę z postanowieniem, że zadzwonię później, kiedy będzie miał więcej czasu.

50 rocznica akcji w Sieczychach – 1993 (drugi z lewej B. Wolski)

Te wszystkie niuanse rozmowy przypomniałem sobie dopiero w momencie, kiedy dowiedziałem się, że była ona naszą ostatnią, że już nie będzie ich więcej, a historia urywa się nagle, jakby po to, by uświadomić ogrom pytań, których nie zdążyło się zadać. W głowie zostało mi jednak pewne zdanie naszej ostatniej rozmowy, którego kontekstu początkowo nie odczytałem. Dopiero kiedy zobaczyłem niepozorną trumnę wiezioną na wózku do pieca krematoryjnego, uświadomiłem sobie, że odchodzi on tak, jak odeszli w ostatnich latach Mirosław Jodłowski (zm. 2006), Jerzy Sztompka (zm. 2009), Danuta Rytel (zm. 2011), Sabina Piotrowska (zm. 2012) i jej brat Kazimierz Pióro (zm. 2012) oraz wszyscy ci dawni uczniowie i harcerze wyszkowskiego gimnazjum, którzy nie dożyli później starości, którzy przeminęli wraz z atmosferą szkoły i miasta, której byli elementarnymi cząstkami. Bolesław Wolski powiedział mi bowiem wtedy, że jego życie się nieco przedłużyło.

phm. Piotr Płochocki
 Się Dzieje! Nr 3 (kwiecień 2013)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>